Roztocze... cerkwie, lasy i kadry znalezione po drodze
- 4 maj
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 2 dni temu
Roztocze chodziło za mną od dawna. Niby człowiek wie, że jest pięknie, niby widział milion zdjęć, a potem jedzie tam na trzy dni i okazuje się, że zdjęcia jednak nie oddają połowy tego klimatu.
Na majówkę od 1 do 3 maja, pojechałam tam z Iwoną. Bazę zrobiłyśmy sobie w Horyńcu-Zdroju, w CRR KRUS. I tu pierwsze zaskoczenie: duży pokój, bardzo dobre jedzenie i cena tak niska, że serio kilka razy sprawdzałyśmy, czy czegoś przypadkiem nie pomyliłyśmy. Idealna baza, żeby rano wsiąść w auto i po prostu ruszyć przed siebie.
I dokładnie tak wyglądał ten wyjazd.
Bez wielkiego planu od punktu A do punktu B. Miałyśmy zaznaczone miejsca, które chciałyśmy zobaczyć, ale Roztocze szybko zrobiło swoje i zamiast odhaczać atrakcje, zaczęłyśmy po prostu jeździć, zatrzymywać się tam, gdzie coś nas zaciekawiło, wchodzić w las, zbaczać z drogi i szukać kadrów.
Jednym z miejsc, które najbardziej zostały mi w głowie, był Radruż. Kaplica Matki Bożej Śnieżnej, zespół cerkiewny, stare drewno, cisza i ten specyficzny klimat miejsc, które widziały już naprawdę dużo. Są takie miejsca, przy których człowiek automatycznie zaczyna mówić ciszej. Nie dlatego, że trzeba. Po prostu jakoś tak wychodzi.
Podobnie było w Nowym Bruśnie przy cerkwi św. Paraskewy i starym cmentarzu. Kamienne krzyże porozrzucane między drzewami wyglądały momentami bardziej jak część lasu niż cmentarza. Porośnięte mchem, pochylone, czasem ledwo widoczne wśród zieleni. I właśnie takie miejsca fotografuje mi się najlepiej. Nie te idealnie odrestaurowane i wypolerowane, tylko takie, które mają ślady czasu na każdej powierzchni.
Ruiny cerkwi w Dziewięcierzu miały zupełnie inny charakter. Tam już bardziej czuć było to, czego nie ma, niż to, co zostało. Fragmenty murów, drzewa, światło wpadające pomiędzy nimi. Z pozoru niewiele, a fotograficznie można chodzić wokół tego długo i ciągle widzieć coś nowego.
Roztoczańskie lasy mają w sobie coś, co trudno opisać. Światło przechodzące przez drzewa, wąskie ścieżki, małe strumienie, powalone pnie, mech, odbicia w wodzie. Momentami wyglądało to jak gotowa scenografia, tylko nikt nie ustawił lamp i nie powiedział, gdzie mam stanąć.
Do tego Zalew Horyniecki, spokojna woda, odbicia drzew i wieża widokowa w Horyńcu-Zdroju, z której można zobaczyć okolicę trochę z innej perspektywy. A potem były zachody słońca. I tu Roztocze już całkiem odleciało tak jak ja uwielbiam. Pomarańczowe niebo, ciemne sylwetki drzew i takie światło, które trwa kilka minut, a człowiek zaczyna biegać z aparatem jakby właśnie rozdawali ostatnie kadry na świecie.
Najlepsze jednak przyszło zupełnie przypadkiem. Wracałyśmy już i po drodze trafiłyśmy na ułanów na koniach. Bez planowania, bez szukania, bez pinezki na mapie. Oczywiście aparat poszedł w ruch. Zagadałyśmy do nich i nawet udało nam się zaliczyć małą konną przejażdżkę. Właśnie za takie momenty najbardziej cenię wyjazdy fotograficzne. Można sobie zaplanować dziesięć miejsc, godziny, trasę i najlepsze światło, a potem najlepszy kadr pojawia się wtedy, kiedy kompletnie się go nie spodziewasz.
Roztocze okazało się dokładnie takie, jakie chciałam, żeby było. Zielone, spokojne, trochę dzikie, pełne starych miejsc, historii, lasów i światła. I chyba właśnie przez to trzy dni były zdecydowanie za krótkie. Nie pamiętam już dokładnej lokalizacji każdego kadru, ale w sumie to dobrze, ponieważ nie wszystko musi mieć pinezkę na mapie.
Czasem wystarczy pamiętać, że gdzieś po drodze był las, stary kamienny krzyż, światło między drzewami i moment, dla którego warto było się zatrzymać.
•●•●•●•●•●•●•●•●•●•●•
"Nie wszystko co warto znaleźć, ma pinezkę na mapie"
Autor nieznany




Komentarze