top of page

Jurajski Festiwal Fotograficzny

30 sie
5 minut(y) czytania

Na Jurajski Festiwal Fotograficzny w Hotelu Fajkier pojechałam już drugi raz. Pierwszy był zimą, na przełomie stycznia i lutego. Wtedy chłonęłam wszystko: prelekcje, warsztaty, wiedzę. Siedziałam właściwie wszędzie, gdzie się dało, a ludzi wokół poznałam zdecydowanie mniej, niż mogłam.


Latem zrobiłam trochę odwrotnie.


Nie dlatego, że fotografia nagle przestała mnie interesować. Po prostu po pierwszej edycji wiedziałam już, że ten festiwal to nie tylko program. To też ludzie. I chyba dopiero teraz naprawdę poczułam jego magię.


Spotkałam osoby poznane zimą, choć część z nich pamiętała mnie zdecydowanie lepiej niż ja ich. Najwyraźniej podczas pierwszej edycji mój mózg był zajęty jednoczesnym przetwarzaniem miliona nowych bodźców. Tym razem było inaczej. Było dużo więcej rozmów, więcej wspólnego siedzenia, więcej poznawania się.


I właśnie wtedy zobaczyłam coś, czego zimą chyba nie zdążyłam zauważyć: jak bardzo otwarci są tam ludzie. Fotografowie o kompletnie różnym doświadczeniu, stylu i podejściu do zdjęć potrafią po prostu usiąść razem, pogadać, wymienić się doświadczeniem, pośmiać się i traktować siebie normalnie. Bez dziwnego zadęcia i bez udowadniania, kto ma większy aparat.


Jednym z najlepszych punktów całej edycji była fotograficzna gra integracyjna. Zostaliśmy podzieleni na siedem grup, a każda grupa tworzyła własną Gildię i dostała inne karty mocy. Brzmi niewinnie, ale bardzo szybko zrobiło się z tego coś pomiędzy zawodami fotograficznymi, escape roomem i totalną głupawką.


Konkurencje były bardzo różne. Układaliśmy ogromne puzzle, dopasowywaliśmy nazwiska fotografów do ich zdjęć, rozwiązywaliśmy fotograficzne zagadki i składaliśmy różne softboksy do lamp na czas. Było też zadanie polegające na ułożeniu z rzeczy, które mieliśmy przy sobie, jak najdłuższej „liny”. Nagle paski od spodni, torebek czy aparatów okazały się towarem strategicznym.


W innej konkurencji cała grupa stała na kocu i musiała obrócić go na drugą stronę, nie schodząc z niego ani na moment. Był też przejazd całej drużyny na „wózku” przez „lawę” na czas. Czy wszystko miało ścisły związek z fotografią? Niekoniecznie, ale czy było śmiesznie? Bardzo.


Oczywiście były też zadania bardziej fotograficzne. Trzeba było odpowiednio ustawić lampy i wykonać kilka zdjęć z różnymi schematami światła, między innymi w stylu Rembrandta, podczas gdy jedna osoba z grupy pozowała przebrana.


Najbardziej zapamiętałam jednak konkurencję z aparatem. Jedna osoba miała zrobić zdjęcie całej swojej grupie. Zgłosiłam się do roli fotografa kompletnie nieświadoma tego, że to właśnie fotograf dostaje dodatkową zagadkę. Aparat miał celowo poprzestawiane ustawienia i trzeba było dojść do tego, dlaczego nie da się zrobić zdjęcia. Organizatorzy zrobili to całkiem sprytnie... przełączyli aparat w tryb filmowania. Dopóki się tego nie zauważyło, można było grzebać w ustawieniach do końca świata. Podobno jako jedyna sama na to wpadłam, więc pozwolę sobie zachować ten drobny moment fotograficznej chwały.


Gildie mogły też wzajemnie wyzywać się na pojedynki. Jednym z nich było rzucanie piłeczkami pingpongowymi do wytłoczki po jajkach. Do dziś uważam jednak, że z pomarańczowymi piłeczkami było coś podejrzanego i ktoś tam ewidentnie cyganił.


Właśnie takie rzeczy sprawiły, że tym razem poznałam ludzi znacznie lepiej niż podczas zimowej edycji. Bo dużo łatwiej zacząć z kimś rozmawiać po wspólnym obracaniu koca, budowaniu konstrukcji z pasków od aparatów albo walce o honor swojej Gildii niż po grzecznym siedzeniu obok siebie na kolejnej prelekcji.


Oczywiście fotografia nadal była głównym powodem, dla którego tam pojechałam. Największą nowością była dla mnie fotografia podwodna. Z zewnątrz wygląda to niezwykle efektownie: modelka pod wodą, piękna stylizacja syreny, światło, unoszące się tkaniny. W praktyce okazało się, że jest to kosmicznie trudne.


Dostaliśmy niewielkie Olympusy, pasy obciążeniowe i oddychaliśmy z butli. Dla mnie był to pierwszy kontakt z takim sprzętem, więc samo ogarnięcie oddychania pod wodą było już nowym doświadczeniem, a woda zalewała mi oczy pomimo maski.


Do tego miałam tylko około siedmiu minut pracy z modelką. Siedem minut pod wodą mija mniej więcej w trzy sekundy. Aparat miał ustawienia, które kompletnie mi nie odpowiadały, o czym przekonałam się gdy moje 7 minut minęło. Pierwsze zdjęcia były prześwietlone, poruszone, z czasem około 1/30 sekundy. Czyli fotograficzna recepta na katastrofę. Dopiero później zaczęłam sama kombinować z ustawieniami. W sumie w wodzie spędziłam prawie dwie godziny i zrobiłam ponad 400 zdjęć. Sensownie prawie ostre wyszły cztery.


Po tych dwóch godzinach mój szacunek do osób zajmujących się fotografią podwodną wzrósł mniej więcej o 400 procent. Szczególnie do modelek, które pod wodą mają wyglądać lekko i naturalnie z otwartymi oczami gdy woda zalewa im zatoki, podczas gdy ja już bez pasa obciążeniowego walczyłam głównie z tym, żeby woda nie wyrzuciła mnie z powrotem na powierzchnię.


Drugim doświadczeniem, które mocno zostało mi w głowie, były warsztaty z fotografowaniem przez szybę — między innymi z wykorzystaniem żelu do USG i różnego rodzaju faktur. Tu też oczywiście nie obyło się bez mojego klasycznego: „wiem już, jak zrobiłabym to drugi raz”. Presja czasu, źle dobrane ustawienia aparatu, zdecydowanie za dużo żelu na szybie i efekt inny, niż miałam w głowie. Ale właśnie z tego został mi jeden z najciekawszych pomysłów po całym festiwalu. Chcę wrócić do tego motywu i zrobić go jeszcze raz, spokojnie, po swojemu. Bez zegarka nad głową i z możliwością eksperymentowania.


I chyba właśnie takie warsztaty cenię najbardziej - niekoniecznie te, po których wracam z idealnym zdjęciem, tylko te, po których wracam z pomysłem. Z prelekcji najbardziej zostały mi spotkania Karola Bartnika o fotografii krajobrazowej, Michała Baranowskiego o fotografii ulicznej i Edyty Chrząszcz, która opowiadała o swoich podróżach. To są właśnie tematy, przy których mogę siedzieć i słuchać bez zerkania na zegarek.


Sam Hotel Fajkier też robi sporą część klimatu tej imprezy. Wszystko dzieje się w jednym miejscu: warsztaty, spotkania, rozmowy, jedzenie, noclegi. Dzięki temu festiwal nie kończy się wraz z ostatnim punktem programu. On trwa dalej na korytarzu, w holu, przy stole, przy ognisku czy gdzieś pomiędzy jednym „idziemy już spać” a kolejną godziną rozmowy.


A skoro już o jedzeniu mowa... jest go dużo. Bardzo dużo. I jest naprawdę dobre. Nie mam żadnych dowodów, ale jestem niemal pewna, że wróciłam z festiwalu minimum dwa kilogramy cięższa.


Wieczory też miały swój klimat. Ognisko, długie nocne rozmowy, siedzenie razem do późna i ten charakterystyczny moment, kiedy człowiek patrzy na zegarek i orientuje się, że znowu jest trzecia w nocy. Codziennie.


Po kilku dniach byłam już porządnie zmęczona i przebodźcowana, ale jednocześnie miałam poczucie, że właśnie dzięki temu przeżyłam tę edycję zupełnie inaczej niż zimową. Zimową wspominam przede wszystkim jako ogromny zastrzyk wiedzy. Z letniej wróciłam z czymś trochę innym. Z ludźmi. Z nowymi znajomościami, z lepiej poznanymi osobami, które już wcześniej gdzieś przewijały się w moim fotograficznym świecie, z rozmowami, nowymi doświadczeniami i kolejnymi pomysłami w głowie.


I chyba właśnie to jest największą wartością takich wydarzeń. Bo Jurajski Festiwal Fotograficzny to nie tylko warsztaty i prelekcje. To możliwość spróbowania czegoś, czego normalnie prawdopodobnie nigdy by się nie spróbowało. To wyjście ze swojej fotograficznej strefy komfortu. To patrzenie, jak inni pracują, słuchanie ludzi, którzy widzą fotografię zupełnie inaczej i sprawdzanie, co z tego wszystkiego pasuje do mnie.


Ale przede wszystkim są tam ludzie z dokładnie tą samą fotograficzną zajawką. Czy było warto? Zdecydowanie tak. Czy wrócę na kolejną edycję? Zdecydowanie wrócę po więcej.


•●•●•●•●•●•●•●•●•●•●•


„Fotografia to nie tylko to, co widzisz. To też ludzie, których spotykasz po drodze.”

  • Autor nieznany





Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page