top of page

4 kilometry nad ziemią. Mój trzeci skok.

  • 21 sie
  • 9 minut(y) czytania

Moje nogi wiszą już poza samolotem, ponad cztery kilometry nad ziemią, a pod stopami nie mam absolutnie nic. Siedzę jeszcze minimalnie tyłkiem na krawędzi, ale tak naprawdę bardziej już wiszę w przestrzeni, przypięta uprzężą do tandem pilota, z nogami mocno zgiętymi do tyłu. Z otwartych drzwi wpada lodowate powietrze, które uderza we mnie z ogromną siłą, więc biorę głęboki wdech, jakbym chciała przyzwyczaić płuca i całe ciało do tej temperatury, do huku i do pędu. I właśnie wtedy dociera do mnie najmocniej, jak bardzo brakowało mi tej przestrzeni.


Nie czuję strachu i ani przez sekundę nie pojawia się myśl, że chcę się cofnąć albo że może jednak to był głupi pomysł. Jest zupełnie odwrotnie. Ciało jest naładowane adrenaliną, skóra lekko mrowi, serce pracuje szybciej, ale głowa jest zaskakująco spokojna. Wiem, co za chwilę nastąpi i bardzo, ale to bardzo tego chcę. Odwracam głowę w prawo do kamerzysty, uśmiecham się, układam ją na lewym ramieniu tandem pilota, słońce świeci mi prosto w oczy, a nogi nie mają żadnego podparcia. Przez tę jedną sekundę jestem gdzieś pomiędzy samolotem a niebem, jeszcze trochę w środku, ale tak naprawdę już poza nim. I nagle lecę...


Ale może od początku.


Na mój trzeci skok spadochronowy w tandemie czekałam cztery lata. Pierwszy zrobiłam czternaście lat temu, drugi cztery lata temu, a trzeci miał wydarzyć się już w zeszłym roku na moje 39. urodziny. Plan był nawet taki, że wtedy zrobię trzeci, a na czterdziestkę czwarty, tylko... przegapiłam sezon i tak minął mi kolejny rok. Tym razem nie było już opcji, w tym roku mam 40-ste urodziny i ten skok miał być prezentem ode mnie dla mnie. Nie dlatego, że chciałam sobie coś udowodnić ani dlatego, że „czterdziestka, więc trzeba zrobić coś szalonego”. Po prostu brakowało mi tego uczucia, które pamiętałam z poprzednich skoków. Brakowało mi przestrzeni, wolności oraz tego dziwnego stanu, kiedy wszystko inne przestaje mieć znaczenie, a ADHD-owa głowa na chwilę przestaje nadawać na dwudziestu falach jednocześnie. Tęskniłam za tym bardziej, niż początkowo zdawałam sobie sprawę.


Do Strefy Silesia w Gliwicach pojechał ze mną mój partner z kravmagi Maciek, który od dwóch lat bardzo mocno mnie wspiera i motywuje na treningach. Chciałam pokazać mu ten mój kawałek szaleństwa i zaszczepić pomysł, żeby kiedyś sam spróbował. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, adrenalina zaczęła już powoli wchodzić mi w ciało. Skóra lekko mrowiła, czułam ekscytację i coraz większą niecierpliwość, ale nie stres. To mnie chyba zaskoczyło najbardziej, bo cztery lata wcześniej wszystko było bardziej intensywne i bardziej nerwowe, a tym razem miałam w sobie spokojną pewność. Wiedziałam, jak to będzie, pamiętałam moment w drzwiach, pęd powietrza i pierwsze sekundy swobodnego spadania. Nie tylko się tego nie bałam, ale wręcz nie mogłam się doczekać, aż samolot wzbije się w powietrze, aż otworzą drzwi i znowu poczuję zimne powietrze na nogach oraz ten kompletnie nienaturalny moment, kiedy stopy przestają mieć pod sobą cokolwiek.


Mój tandem pilot zadbał też o to, żeby przypadkiem nie zrobiło się zbyt poważnie. Od samego początku żartował, że właściwie to jego pierwszy dzień, nie wszystko jeszcze pamięta i zobaczymy, jak nam pójdzie. Śmiechu było sporo i bardzo mi to pasowało.


W samolocie lecieli z nami samodzielni skoczkowie oraz jeszcze dwa tandemy. Dziewczyna z drugiego tandemu skakała pierwszy raz i była naprawdę przerażona, więc próbowałam ją trochę zagadać i rozluźnić mówiąc jej, żeby spróbowała się tym wszystkim cieszyć, że za chwilę zrobi coś, co zapamięta na całe życie, a może nawet pokocha to uczucie tak bardzo, że kiedyś wróci tutaj dokładnie tak jak ja.


Ja tymczasem siedziałam spokojnie i oglądałam świat za oknem... Gliwice, Katowice, Tychy, Stadion Śląski, Park Chorzowski, a nawet moje osiedle w Siemianowicach. To było dziwne uczucie zobaczyć miejsce, w którym na co dzień funkcjonuję, z ponad czterech kilometrów nad ziemią. Wszystko było małe, poukładane i odległe, a rzeczy, które z ziemi wydają się ogromne, z góry nagle mieściły się w niewielkim fragmencie krajobrazu. Już wtedy zaczęłam czuć tę przestrzeń, za którą tak bardzo tęskniłam.


Potem otworzyły się drzwi. Najpierw wyskakiwali samodzielni skoczkowie, potem pierwszy tandem, później my, a na końcu tandem z dziewczyną. Z każdym krokiem coraz mocniej czułam zimno i pęd powietrza, huk robił się coraz większy, wiatr coraz mocniej napierał na ciało, a ja wiedziałam, że zostało już tylko kilka sekund. Nadal zero strachu. Ciało było niesamowicie pobudzone, adrenalina pracowała na pełnych obrotach, ale głowa była spokojna. Pamiętałam jak się ułożyć, jak zgiąć nogi, gdzie położyć głowę, jak oddychać i co robić z rękami. W tym momencie moje nogi znalazły się poza samolotem.


Tego uczucia naprawdę nie da się dobrze opisać komuś, kto nigdy nie siedział w otwartych drzwiach samolotu kilka kilometrów nad ziemią. Stopy nagle nie mają pod sobą absolutnie nic, nie ma żadnego podłoża ani punktu odniesienia, siedzisz jeszcze kawałkiem tyłka na krawędzi, ale całe ciało już czuje przestrzeń pod sobą. Zimne powietrze uderza w nogi i twarz, wszystko dookoła huczy, a Ty masz świadomość, że pod Tobą są ponad cztery kilometry... a zamiast strachu czuję zachwyt, bo dokładnie za tym tęskniłam.


Spojrzałam jeszcze w prawo na mojego kamerzystę, uśmiechnęłam się, słońce świeciło mi prosto w oczy i sekundę później świat zaczął wirować. Zrobiliśmy chyba jedno salto i przez pierwsze sekundy oczy kompletnie nie wiedzą, gdzie jest góra, gdzie dół i co właściwie się dzieje. To jest kosmicznie dziwne uczucie dezorientacji. Po chwili mały spadochron stabilizujący nas wyrównuje, a my zaczynamy już spadać stabilnie... i wtedy wraca znajome mi uczucie, dokładnie to, po które tu przyjechałam.


Kamerzysta pojawia się pode mną, więc zaczynam wysyłać buziaki do kamery, udawać, że pływam, machać rękami i próbuję zrobić z dłoni serduszko... i właśnie wtedy przekonuję się, jak absurdalnie potężne jest powietrze przy około 220 km/h. Na ziemi zrobienie serduszka dłońmi trwa pół sekundy, a w powietrzu próbuję zbliżyć do siebie obie dłonie, zetknąć palce i mam wrażenie, że trwa to wieczność. Muszę naprawdę mocno pracować rękami, jakbym przepychała je przez coś gęstego, powietrze wręcz odpycha dłonie od siebie, a ja mam w głowie tylko: serio? Przecież to jest tylko serduszko. W końcu mi się udaje.


Swobodne spadanie jest dużo bardziej fizyczne, niż może się wydawać, kiedy patrzy się na film. Powietrze naciska na klatkę piersiową, trudno złapać pełny oddech, usta ciężko utrzymać zamknięte, skóra twarzy żyje własnym życiem, a przez pierwsze sekundy ruszanie rękami wymaga naprawdę dużo więcej siły, niż człowiek się spodziewa. Do tego dochodzą pasy uprzęży, mocno zapięte wokół ciała, które czuję przy każdym płytkim oddechu. Po chwili jednak ciało przyzwyczaja się do tego naporu i wtedy wszystko nagle robi się prostsze. Spadam z ogromną prędkością, a jednocześnie mam wrażenie, że się unoszę. To jest kompletnie sprzeczne, ale właśnie tak się czuję. Jakbym nie leciała w dół, tylko po prostu znalazła się w środku ogromnej przestrzeni. Chcę patrzeć wszędzie jednocześnie... na ziemię, na kamerzystę, przed siebie, na horyzont, chcę zobaczyć wszystko naraz.


W głowie nie ma prawie nic. Nie planuję, nie zastanawiam się, co będzie za godzinę, jutro czy za tydzień, nie wracam do tego, co było wcześniej. Jest tylko ta chwila, powietrze, przestrzeń i bardzo mocne uczucie, że właśnie tutaj jestem najbardziej na swoim miejscu. I nie chcę aby to się kończyło. Mam wrażenie, że dopiero zaczęłam się tym wszystkim nasycać, dopiero zaczęłam naprawdę czuć ten lot, a już wiem, że za chwilę będzie po swobodnym spadaniu. Zdecydowanie za krótko.


W pewnym momencie przed moją twarzą pojawia się dłoń pilota. Pokazuje trzy palce i kolejno je zamyka: trzy, dwa, jeden. Wiem, co to oznacza, za chwilę otworzy spadochron, a kamerzysta musi odlecieć od nas na bezpieczną odległość. Chwilę później czuję ogromne szarpnięcie do góry, tak mocne i dziwne, że przez moment mam wrażenie, jakby ktoś w sekundę wyciągnął mnie z powrotem kilkaset metrów wzwyż... i nagle po całym tym huku robi się cisza. Jeszcze sekundę wcześniej powietrze napierało na ciało przy ponad 220 km/h, nie dało się normalnie mówić ani swobodnie oddychać, a teraz wisimy spokojnie pod czaszą i przez chwilę czuję się, jakbym lewitowała. Ten kontrast jest niesamowity, bo organizm jeszcze pamięta chaos sprzed kilku sekund, a świat nagle robi się miękki, spokojny i ogromny. Można normalnie oddychać, rozmawiać i rozglądać się bez walki z powietrzem. Tandem pilot delikatnie luzuje zapięcia uprzęży, żeby było mi wygodniej, przekazuje mi stery spadochronu i przypomina, jak nimi pracować. Szybujemy nad Gliwicami, rozmawiamy, pokazuje mi jeszcze raz okolice, a ja zaczynam wypytywać go o jego skoki i najwyższe wysokości.


W pewnym momencie spokojnego szybowania jest nam chyba jednak za mało, bo ten szalony pilot pomaga mi ustawić stery, każąc mocno ściągnąć lewą rękę w dół, prawą wyprostować wysoko i przytrzymuje je razem ze mną. Spadochron zaczyna mocno skręcać, a my kręcimy się kilka razy wokół własnej osi. Świat pod nogami nagle wiruje i to jest jednocześnie fantastyczne i trochę przerażające, czuję przeciążenie, ziemia obraca się pode mną, a ja mam w sobie dokładnie tę mieszankę „o kurwa” połączonego z „jeszcze”. Kiedy prostujemy lot, wszystko momentalnie znowu jest na swoim miejscu i właśnie wtedy zaczynam coraz dokładniej widzieć ludzi na ziemi. Najpierw byli tylko mikroskopijnymi punktami, później powoli zaczynają mieć kształty i im wyraźniej widzę ziemię, tym mniej chcę na nią wracać. To chyba jedyny moment podczas całego skoku, kiedy naprawdę pojawia się we mnie żal, nie dlatego, że czegoś się boję, tylko dlatego, że wiem, że to już za chwilę się skończy.


Jeszcze w powietrzu ćwiczymy moją pozycję do lądowania. Nogi mocno zgięte w kolanach, dłonie pod kolanami, a na komendę mam dodatkowo podnieść stopy wysoko do góry. Pamiętam kolejność i wiem dokładnie, co zrobić, tylko nie chcę jeszcze tego robić. Chcę zostać w górze jeszcze chwilę, jeszcze kilka minut. Kiedy zaczynamy schodzić do lądowania, mam autentycznie ochotę się rozpłakać, bo czuję, że właśnie kończy się coś, na co czekałam cztery lata. Pilot ląduje spokojnie i stabilnie na własnych stopach, po chwili ja również stawiam swoje na ziemi i wtedy pojawia się śmiech, euforia oraz natychmiastowe „chcę jeszcze raz”, połączone z żalem, że coś, na co czekałam tyle czasu, skończyło się tak absurdalnie szybko.


Tego dnia wiatr po południu zrobił się wyraźnie silniejszy. Kiedy przyjechaliśmy z Maćkiem na strefę około 12:00, na tablicy widniała informacja „limit skoków 30”, a mniej więcej godzinę później, na pół godziny przed moim wylotem zmieniono ją na „limit skoków 100”. Nie miałam pojęcia, co to oznacza i dopiero po wszystkim zapytaliśmy o to z Maćkiem mojego pilota. Wyjaśnił nam, że taki limit dotyczy doświadczenia samodzielnych skoczków przy aktualnych warunkach pogodowych. Kiedy limit wynosił 30, w powietrze mogli jeszcze lecieć skoczkowie mający minimum 30 wykonanych skoków, natomiast po podniesieniu limitu do 100 osoby z mniejszym doświadczeniem nie mogły już skakać samodzielnie. Tandemy działają inaczej, bo za cały skok, sterowanie i lądowanie odpowiada bardzo doświadczony tandem pilot.


Może dobrze, że znaczenie tej tablicy poznałam dopiero po fakcie. Siłę wiatru czułam zresztą później pod czaszą, bo kiedy sama trzymałam stery i chciałam wykonać skręt, momentami naprawdę musiałam mocno napinać ręce, żeby ściągnąć ster w dół. Po lądowaniu wiatr jeszcze trochę szarpał czaszą, zanim wszystko udało się spokojnie opanować.


Cztery lata temu po drugim skoku adrenalina trzęsła mną jeszcze przez kilka godzin. Miałam wrażenie, że energia zaraz mnie rozsadzi i kompletnie nie potrafiłam się uspokoić. Tym razem było zupełnie inaczej. Po lądowaniu czułam euforię, ale jednocześnie ogromny luz i spokój, jakbym zamiast zrobić coś kompletnie szalonego, po prostu wróciła w miejsce, które już znam i za którym od dawna tęskniłam. Dopiero kilka godzin później, kiedy wróciłam już do domu, najpierw przyszło krótkie zmęczenie, a później zaczęło dziać się coś dziwnego. Mieszkanie nagle zrobiło się dla mnie za małe i za ciasne. Po tych ponad czterech kilometrach wysokości, po tej przestrzeni, niebie dookoła mnie i uczuciu swobodnego spadania ściany zaczęły wręcz fizycznie przeszkadzać. Czułam się prawie klaustrofobicznie. Wyszłam szybko z domu odruchowo zabierając aparat, chociaż nie miałam żadnego planu na zdjęcia i nawet nie wiedziałam, czy w ogóle go uruchomię. Poszłam do parku tylko po to, żeby pochodzić, oddychać i patrzeć gdzieś dalej niż na ściany mieszkania. I nagle zaczęłam robić zdjęcia. Bez planowania, bez szukania tematu, bez zastanawiania się, czy z tego coś będzie. Po prostu coś zobaczyłam i nacisnęłam spust migawki, później zobaczyłam coś następnego i zrobiłam kolejne zdjęcie.


Kiedy wieczorem obejrzałam te kadry, dotarło do mnie, że od prawie roku nie potrafiłam fotografować w ten sposób. Bez analizowania, bez wymyślania na siłę, bez szukania pomysłu, po prostu patrząc i reagując na to, co widzę. Wtedy pojawiła się jedna bardzo prosta myśl: kurczę to wróciło. Nie wiem, czy to naprawdę był efekt skoku i chyba nawet nie potrzebuję tego rozstrzygać. Wiem tylko, że tego dnia dostałam dokładnie to, czego mi brakowało: przestrzeń, wolność, chwilę kompletnej ciszy w głowie i uczucie, że przez te kilkadziesiąt sekund jestem dokładnie tam, gdzie chcę być.


Dlatego obiecałam sobie jedną rzecz: od teraz przynajmniej jeden skok każdego roku. A Maciek ma mniej więcej dwanaście miesięcy, żeby przestać tylko patrzeć z ziemi.


Kilka dni po skoku, kiedy siedzę i piszę ten tekst, dociera do mnie jeszcze jedna rzecz. Chyba tandem to już dla mnie za mało. Samo bycie pasażerem przestało mi wystarczać i coraz bardziej chcę wiedzieć, jak to jest zrobić wszystko samemu — wyjść z samolotu, ustabilizować lot, kontrolować ciało i naprawdę nauczyć się latać. Więc wygląda na to, że prezent na czterdziestkę właśnie dostał ciąg dalszy, bo na wiosnę zamierzam zrobić kurs AFF i zacząć drogę do samodzielnego skakania.


•●•●•●•●•●•●•●•●•●•●•


„Niektórych perspektyw nie da się znaleźć obiektywem. Najpierw trzeba samemu zmienić punkt widzenia.”

  • Autor nieznany




Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page