Pszczyna spontanicznie i pawie, które skradły mi serce
- 17 sie
- 3 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 2 dni temu
Do Pszczyny pojechałam totalnie spontanicznie. Tej niedzieli miałam w planach ponownie Kraków. Byłam tam już dziesiątki razy, znam sporo miejsc, zawsze znajdę coś do fotografowania, ale tym razem w ostatniej chwili pomyślałam, że właściwie… po co znowu jechać tam, gdzie już tyle razy byłam?
I tak zamiast Krakowa wysiadłam w Pszczynie. Co zabawne, do Pszczyny wybierałam się od dawna. Ciągle gdzieś miałam ją z tyłu głowy, ale jakoś nigdy nie umiałam tam dotrzeć. Zawsze pojawiał się inny pomysł, inny kierunek albo zwyczajnie odkładałam ją na później. Ostatecznie moja pierwsza wizyta wydarzyła się właśnie wtedy, kiedy kompletnie jej nie planowałam.
Bez szczegółowej rozpiski, bez listy miejsc do odhaczenia. Miałam aparat, wolną niedzielę i cały dzień przed sobą. To była bardzo dobra zmiana planów.
Pierwsze, co zrobiło na mnie wrażenie, to park. Wiedziałam, że jest duży, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Zabytkowy Park Pszczyński zajmuje około 156 hektarów i składa się z trzech części: Parku Zamkowego, Parku Dworcowego i Dzikiej Promenady. Naprawdę czuć tam tę przestrzeń. Można chodzić długo, a krajobraz cały czas trochę się zmienia. Są rozlewiska, stawy, ogromne stare drzewa, mostki, alejki i mnóstwo zieleni. W jednych miejscach spaceruje sporo ludzi, wystarczy jednak odejść trochę dalej i robi się spokojniej. Momentami kompletnie zapominałam, że jestem praktycznie w środku miasta.
Fotograficznie takie miejsca są trochę niebezpieczne, bo człowiek miał iść, a co chwilę się zatrzymuje. Tu światło przebije się przez drzewa, tam coś odbije się w wodzie, kawałek dalej pojawi się kolejny kadr i znowu aparat do oka.
Park jest bardzo uporządkowany, ale jednocześnie nie ma w nim wrażenia sztuczności. Jest przestrzeń, stare drzewa, dużo wody i takie miejsca, gdzie zwyczajnie dobrze się siedzi i patrzy. Nie trzeba nawet specjalnie szukać atrakcji, ponieważ sam spacer jest już atrakcją. Wtedy dotarło do mnie, że Pszczyna spokojnie zasługuje na cały dzień, a nie szybkie „wpadnę, zobaczę zamek i wracam”.
Jednym z miejsc, które chciałam zobaczyć, była Pokazowa Zagroda Żubrów znajdująca się w części parku zwanej Dziką Promenadą. Sam teren zagrody zajmuje prawie 10 hektarów. Poza żubrami można zobaczyć tam również m.in. jelenie, daniele, sarny, muflony i ptaki. Żubry oczywiście robią ogromne wrażenie. Widząc je na zdjęciach człowiek wie, że to wielkie zwierzę, ale kiedy widzi je na żywo, skala robi swoje. Są ogromne, masywne i jednocześnie sprawiają wrażenie, jakby kompletnie nigdzie im się nie spieszyło. Oczywiście ja mogę mieć swój wymyślony kadr, światło może się zgadzać, aparat może być gotowy, a żubr w tym czasie uznaje, że najbardziej interesujący jest dokładnie przeciwny kierunek.
Ale potem zobaczyłam wolno chodzące pawie i właściwie żubry przestały mieć konkurencję. Nie spodziewałam się, że akurat pawie zrobią na mnie aż takie wrażenie. Rozkochały mnie w sobie kompletnie. Z bliska ich upierzenie jest niesamowite. Kolory zmieniają się zależnie od światła, każdy fragment piór ma inną fakturę, a kiedy zacznie się patrzeć przez obiektyw, nagle okazuje się, że można fotografować praktycznie każdy kawałek tego ptaka. Są po prostu absurdalnie fotogeniczne. I tak jak przy żubrach trzeba cierpliwie czekać, aż łaskawie ustawią się trochę lepiej, paw wygląda, jakby od początku wiedział, że aparat jest właśnie dla niego.
Kolejnym miejscem była Zagroda Wsi Pszczyńskiej, czyli skansen znajdujący się w Parku Dworcowym. Skansen powstał w połowie lat 70. XX wieku, żeby zachować drewnianą architekturę pochodzącą z ziemi pszczyńskiej. Na blisko dwóch hektarach zgromadzono kilkanaście zabytkowych obiektów, głównie z XVIII i XIX wieku. Są tu między innymi chałupy, kuźnia, stodoła, młyn wodny i spichlerze. Najstarszym obiektem jest spichlerz dworski z Czechowic z 1784 roku.
Tam również przepadłam fotograficznie. Nie tylko przez same budynki. Stare drewno, nierówne podłogi, skrzynie, kołowrotki, przedmioty codziennego użytku, kwiaty przy drewnianych domach, niewielkie okna i światło wpadające do ciemnych wnętrz.
Szczególnie te wnętrza miały coś w sobie, szczególnie gdy były prawie całkowicie zanurzone w cieniu, a światło pojawiało się tylko w jednym miejscu. Nagle zwykły przedmiot stojący gdzieś w kącie zaczynał grać główną rolę. Kolorowe szyby w oknach robiły jeszcze swoje.
I to jest właśnie ten moment, kiedy można mnie zgubić na dłużej. Nie potrzebuję wtedy wielkiego widoku. Czasem bardziej interesuje mnie kawałek światła na drewnianej ścianie niż cały budynek.
Skansen jest też wpisany na Szlak Architektury Drewnianej województwa śląskiego, więc nie jest to sztucznie stworzona „wioska pod turystów”. Budynki są autentycznymi zabytkami przeniesionymi tutaj z okolicznych miejscowości. Dzięki temu naprawdę ma się poczucie, że chodzi się pomiędzy fragmentami świata, którego właściwie już nie ma.
Nie zobaczyłam wszystkiego i nawet nie próbowałam. Nie miałam potrzeby biegać od punktu do punktu tylko po to, żeby później powiedzieć, że „zaliczyłam Pszczynę”. Chodziłam tam, gdzie akurat chciałam, zatrzymywałam się tam, gdzie coś przyciągało mój wzrok, i robiłam zdjęcia.
Właściwie tak najbardziej odpowiada mi zwiedzanie. Bez pośpiechu i bez obsesyjnego trzymania się planu. Bo czasami najlepszą częścią planu okazuje się właśnie jego zmiana. A do Pszczyny na pewno jeszcze wrócę... chociażby sprawdzić, czy pawie nadal są tak bezczelnie fotogeniczne.
•●•●•●•●•●•●•●•●•●•●•
„Czasem najlepsze kadry zaczynają się od zmiany planów”
Autor nieznany




Komentarze