Portret filmowy – Piykne Bindry w Czerwionce-Leszczynach
Zaktualizowano: 3 sie
Dwa lata temu zupełnie przypadkiem trafiłam na moje pierwsze warsztaty z Piyknymi Bindrami w Elektrociepłowni Szombierki. Pojechałam spróbować czegoś nowego, nie mając pojęcia, że właśnie tam zacznie się u mnie fotografia portretowa.
To pierwsze spotkanie zapamiętałam zresztą, aż za dobrze. Przytrzasnęłam sobie wtedy palec drzwiami samochodu tuż po przyjeździe na miejsce. Pod koniec warsztatów z bólu ledwo wiedziałam, jak się nazywam i aparat trzymałam już chyba wyłącznie siłą woli. Wieczorem chodziłam po suficie i płakałam, a finał był taki, że pierwszy raz w życiu straciłam paznokieć. Szombierki zostały więc ze mną nie tylko na zdjęciach, ale też dosłownie przez kolejnych kilka tygodni.
Drugie spotkanie odbyło się zimą na katowickim Nikiszowcu. Było tak przeraźliwie zimno, że nawet w grubych rękawiczkach nie dało się zbyt długo trzymać aparatu, a ja z podziwem patrzyłam na dziewczyny ubrane w sukienki w pełni profesjonalnie pozujące z uśmiechami na ustach.
Trzecie spotkanie, w Dąbrowie Górniczej, było już innym rodzajem wyzwania. W pałacykowym barze panował taki mrok, że moje Mikro 4/3 pracowało na ISO z kosmosu, a ja później miałam niezłą walkę przy obróbce zdjęć. Kadry powstały, ale komputer dostał zadanie specjalne: wydobyć klimat i nie wydobyć przy okazji całej galaktyki szumu.
W lipcu tego roku spotkałam się z nimi po raz czwarty. Tym razem na zabytkowym osiedlu familoków w Czerwionce-Leszczynach. Od rana panował piekielny upał, ale kiedy po południu zaczęliśmy zdjęcia, rozpadało się tak, jakby ktoś odkręcił kran nad całym osiedlem. Czyli tradycji stało się zadość.
Najwyraźniej każde spotkanie z Bindrami musi mieć swój mały test przetrwania.
Mimo upalnej pogody bardzo czekałam na ten dzień. Nie jechałam już na sesję z obcą grupą. Jechałam do ludzi, których część znałam z poprzednich spotkań i za którymi zwyczajnie tęskniłam. Bardzo ucieszyły mnie znajome twarze, ale poznałam też kilka nowych osób, które szybko stały się dla mnie idealnie pasującą częścią całego Bindrowego zamieszania. Było dużo śmiechu, rozmów i tej charakterystycznej atmosfery, która pojawia się, kiedy spotyka się cała grupa. Trochę jak powrót do znajomych ludzi, nawet jeśli samo miejsce było dla mnie zupełnie nowe.
Większość sesji odbyła się w Izbie Tradycji urządzonej jak dawne śląskie mieszkanie. Stare meble, wzorzyste tapety, lustra, książki i mnóstwo przedmiotów z innej epoki stworzyły wnętrze, do którego Bindry pasowały idealnie. Nie wyglądało to jak sztucznie przygotowana scenografia. Raczej jak mieszkanie, z którego jego dawni lokatorzy wyszli tylko na chwilę.
Ważną częścią tego spotkania był pan Czesław Żemła, opiekujący się Izbą Tradycji. Na czas zdjęć sam został jednym z Bindrów i wszedł w tę rolę tak naturalnie, jakby należał do grupy od zawsze. Przy okazji cały czas dbał o nasz dobry humor i o to, żeby każdy dobrze się czuł. Dzięki niemu nie była to tylko sesja w muzealnym wnętrzu, ale po prostu bardzo fajnie spędzony dzień.
Niestety deszcz skutecznie pokrzyżował nam plany fotografowania na terenie całego osiedla. Na zewnątrz mieliśmy dosłownie chwilę i udało się zrobić tylko kilka szybkich ujęć, zanim znowu zaczęło lać. Szkoda, bo ceglane familoki, podwórka i uliczki świetnie pasowały do grupy. Nawet przez te kilka minut Bindry wyglądały jednak tak, jakby po prostu wyszły z jednego z tych mieszkań i przypadkiem trafiły przed mój obiektyw.
Większą część spotkania spędziliśmy więc w Izbie Tradycji. Były przygotowania przed lustrem, poprawianie makijażu, rozmowy przy stole, książki, papierosy, chwile zamyślenia i mnóstwo krótkich scen, które właściwie tworzyły się same. Właśnie takie momenty interesują mnie w portrecie najbardziej. Nie tylko ustawiona osoba patrząca prosto w obiektyw, ale ruch dłoni, spojrzenie rzucone w bok, nagły uśmiech albo chwila, kiedy ktoś na moment zapomina, że robię zdjęcie.
Podczas pierwszego spotkania w Szombierkach pilnowałam głównie ustawień aparatu, światła i ostrości. Teraz znacznie bardziej patrzę na ludzi. Na ich reakcje, relacje i drobne gesty. Technika nadal jest ważna, ale bez człowieka i tego, co wnosi do kadru, zostaje tylko poprawne tevhnicznie zdjęcie.
To czwarte spotkanie było dla mnie czymś więcej niż kolejną sesją. Było powrotem do grupy, od której zupełnie niespodziewanie zaczęła się u mnie fotografia portretowa. Do znajomych twarzy, wyjątkowej atmosfery i całego Bindrowego świata, za którym naprawdę tęskniłam. Pogoda nie pozwoliła nam zrobić wszystkiego, co było zaplanowane, ale ten dzień i tak miał wszystko, co najważniejsze: niezwykłe miejsce, świetnych ludzi, stare i nowe znajomości oraz mnóstwo śmiechu.
Dwa lata temu po pierwszym spotkaniu z Piyknymi Bindrami czekałam na kolejną sesję. Po czwartym czuję dokładnie to samo.
Dziękuję Piyknym Bindrom za kolejne spotkanie, a panu Czesławowi Żemle za gościnność, humor i stworzenie nam warunków, w których można było nie tylko fotografować, ale po prostu dobrze spędzić ten dzień.
Czuję, że moja historia z Bindrami jeszcze się nie skończyła.
•●•●•●•●•●•●•●•●•●•●•
„Najlepsze rzeczy zdarzają się wtedy, gdy po prostu jesteś gdzieś z aparatem.”
Elliott Erwitt




Komentarze