Tam, gdzie czas ma swoje makro-trybiki
- 5 dni temu
- 2 minut(y) czytania
Fotografia makro ma to do siebie, że bardzo szybko sprowadza człowieka na ziemię. Wydaje się, że bierzesz mały przedmiot, ustawiasz aparat, robisz kilka zdjęć i gotowe... a potem nagle okazuje się, że ten mały przedmiot ma własne humory, odbicia, rysy, pyłki, załamania światła i tyle detali, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie wszedł w temat, który jest dużo trudniejszy, niż wyglądał z daleka.
Tak właśnie zaczęły się moje pierwsze próby z makrofotografią zegarków.
Pomysł podrzucił mi Maciek. Pożyczył mi ponad 60-letni zegarek i właściwie otworzył mi drzwi do świata, o którym wcześniej wiedziałam niewiele. Pokazał mi, że zegarki to nie tylko tarcza, wskazówki i coś, co nosi się na ręce. To małe mechaniczne konstrukcje, kawał ręcznej pracy, precyzji i historii. Od pierwszych zegarków, przez sposób ich powstawania, po to, ile pomysłowości i cierpliwości mieści się w takim niewielkim mechanizmie i chyba właśnie to mnie najbardziej złapało. Nie samo „zrobię zdjęcie zegarka”, tylko ta chęć zajrzenia do środka. Zobaczenia, co tam naprawdę siedzi. Jak wyglądają trybiki, koła, śrubki, ślady czasu, mikro rysy i cała ta praca, której normalnie nie widać.
Technicznie było bardzo daleko od idealnych warunków. Fotografowałam OM-1 Mark II z obiektywami M.Zuiko 60 mm i 90 mm. Zegarek leżał na stole, a ja od razu weszłam w focus stacking. Lampa była rozładowana, więc zostały mi dwie małe punktowe lampki LED i improwizacja. Czyli klasycznie: miał być plan, a wyszło „dobra, jakoś to ogarniemy”. Tylko że przy zegarku „jakoś” bardzo szybko przestaje wystarczać.
Trudne było właściwie wszystko. Ustawienie lampek, kąt robienia zdjęć, ilość zdjęć potrzebnych do jednego stacka, złapanie początkowego punktu ostrości, kurz, pyłki oraz odbicia w metalu. Do tego dochodził jeszcze stres, bo to nie był przypadkowy rekwizyt kupiony za grosze, tylko ponad 60-letni zegarek. Po zdjęciu dekla, czyli tylnej pokrywy koperty, miałam z tyłu głowy jedną myśl: tylko niczego nie uszkodzić.
Robiłam stacki od 16 do 81 zdjęć. Szybko okazało się, że więcej zdjęć nie zawsze znaczy prościej bo im więcej ujęć, tym trudniej składało się to później w Heliconie. Makro lubi precyzję, ale nie wybacza chaosu. Każde przesunięcie, każdy pyłek, każde zbyt ostre światło może potem wyjść na gotowym zdjęciu.
Najbardziej zaskoczyła mnie ilość detali. Rysy na kołach zębatych. Ślady na szkiełku. Drobne uszkodzenia, których gołym okiem prawie się nie widzi. Makro jest bezlitosne, ale właśnie przez to ciekawe. Nie pokazuje przedmiotu takim, jakim go sobie wyobrażamy. Pokazuje go takim, jaki jest naprawdę — z całym pięknem, historią i niedoskonałościami. Myślałam, że będzie łatwiej. Serio. A dostałam lekcję pokory w wersji miniaturowej, błyszczącej i pełnej trybików. Ale chyba właśnie przez to tak mnie ten temat wciągnął. Bo tu nie chodzi tylko o technikę. Nie chodzi tylko o ostrość, stacki i światło. Chodzi też o patrzenie uważniej. O zatrzymanie się nad czymś małym i pozornie zwyczajnym, a potem odkrycie, że w środku jest cały mechaniczny świat.
To były moje pierwsze kroki w makrofotografii zegarków. Trochę nieporadne, trochę improwizowane, ale bardzo moje. I już wiem, że będę do tego tematu wracać.
Bo czas, jak się okazuje, ma swoje makrotrybiki.
•●•●•●•●•●•●•●•●•●•●•
„Fotografia makro nie zatrzymuje czasu. Ona pokazuje z czego ten czas jest zbudowany.”
autor nieznany
















Komentarze