Crudo Carattere pracownia zegarków z duszą
Zaktualizowano: 30 sie
Przez ostatnie lata zegarek oznaczał dla mnie ekran. Powiadomienia, treningi, tętno, sen, kroki, statystyki i całą masę innych informacji, które teoretycznie miały być przydatne i przez długi czas były. Tylko że z czasem przestałam korzystać z większości funkcji Garmina. Najpierw wyłączyłam część powiadomień, potem kolejne rzeczy, aż w pewnym momencie mój całkiem zaawansowany smartwatch robił właściwie dwie rzeczy: pokazywał godzinę i liczył kroki.
I wtedy dotarło do mnie, że noszę na ręce mały komputer, którego 99% możliwości już zwyczajnie nie chcę. Powiadomienia zaczęły mnie drażnić. Ciągłe wibracje, informacje, przypomnienia, kolejne dane do sprawdzenia. Telefon, komputer, zegarek - cały czas coś chciało mojej uwagi. Miałam wrażenie, że jestem bez przerwy podpięta do świata i w pewnym momencie zaczęło mnie to zwyczajnie męczyć. Więc wyłączyłam prawie wszystko. Została godzina i kroki.
Do tego dochodziło ładowanie co kilka dni. Niby drobiazg, ale jednak kolejna rzecz, o której trzeba pamiętać. Kolejny poziom baterii do pilnowania, kolejny kabel i kolejny moment, kiedy orientujesz się, że zapomniałaś naładować zegarek, więc na ręce masz bardzo drogą czarną bransoletkę
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może wcale nie potrzebuję smartwatcha. Może potrzebuję po prostu zegarka takiego, który nie wibruje, nie analizuje mojego snu, nie pokazuje wiadomości i nie potrzebuje aplikacji ani ładowarki. Pokazuje tylko czas.
Tylko tak naprawdę ta historia zaczęła się trochę wcześniej, ponieważ ten zegarek wybrałam już w czerwcu gdy trafiłam na AuroChronos Festival 2026. To były moje pierwsze targi zegarkowe i pojechałam tam głównie z ciekawości i oczywiście z aparatem. Nie miałam żadnego planu kupowania zegarka. Jednak wśród tych wszystkich marek i modeli jeden zatrzymał mnie wyjątkowo skutecznie... różowy Crudo.
Do stoiska Crudo Carattere wracałam kilka razy. I za każdym razem do tego samego zegarka. Trudno mi nawet powiedzieć, co dokładnie zrobił - po prostu do mnie przemówił. Był kolorowy, trochę nieoczywisty i zdecydowanie miał charakter. Wśród całej masy zegarków właśnie ten był „mój”... więc tym razem nie skończyło się tylko na oglądaniu.
Już podczas AuroChronos umówiłam się z Markiem na wstępny termin odbioru mojego egzemplarza. Crudo nie działa na zasadzie wielkiego magazynu, z którego po zamówieniu ktoś wyciąga gotowe pudełko. Każdy zegarek składany jest dopiero pod konkretne zamówienie. Mój też dopiero miał powstać.
I chyba właśnie to było jednym z powodów, dla których ten zakup od początku wydawał mi się trochę inny. Nie kupowałam egzemplarza, który od miesięcy czekał gdzieś na półce. Wiedziałam, że dopiero zostanie złożony dla mnie, a kilka tygodni później przyjadę po niego bezpośrednio do pracowni. I tak historia, która zaczęła się przy jednym różowym zegarku wypatrzonym przypadkiem podczas AuroChronos, zaprowadziła mnie później do pracowni Crudo Carattere.
Crudo Carattere to młoda polska marka z Bielska-Białej, za którą stoi Marek Polewka. I chyba samo słowo „marka” nie mówi tutaj wszystkiego, bo dużo bardziej pasuje mi określenie pracownia. Nie ma wielkiej hali, tysięcy identycznych egzemplarzy schodzących z taśmy i anonimowej produkcji. Są za to maszyny, narzędzia, farby, pojedyncze elementy zegarków, paski, tarcze i człowiej, który naprawdę wie, co dzieje się z zegarkiem na każdym etapie jego powstawania.
Historia Crudo zaczęła się od fascynacji zegarkami Marka Polewki. Nie tylko tym, jak wyglądają, ale też tym, co mają w środku i jak są zbudowane. Było rozbieranie zegarków, naprawy, modyfikacje, eksperymentowanie z tarczami, wskazówkami i kolejnymi elementami. Z czasem z tej ciekawości zaczęły powstawać własne projekty. I to jest coś, co bardzo mi się w tej marce podoba. Bo określenie „własny zegarek” nie oznacza tutaj po prostu zaprojektowania logo i zamówienia gotowego produktu z katalogu.
W pracowni powstają między innymi autorskie tarcze. Są projektowane, wycinane z mosiądzu, malowane, grawerowane i drukowane. Przy ich produkcji wykorzystywany jest między innymi laser, aerograf, tampondruk czy sitodruk. Nawet luma, czyli substancja odpowiedzialna za świecenie oznaczeń po ciemku, ma tutaj swoją historię. Marek pracował nad własną recepturą, która później ręcznie trafia na tarcze, wskazówki czy grawery.
Brzmi dość technicznie, dopóki nie stoi się przy stole pełnym małych słoiczków z farbami, pojedynczych tarcz i elementów tak drobnych, że człowiek zaczyna się zastanawiać, jak ktoś w ogóle potrafi z tym pracować. Dopiero na miejscu zobaczyłam też, co właściwie oznacza informacja, że zegarki składane są na zamówienie. Nie jest to marketingowe hasło. Za każdym gotowym egzemplarzem stoi konkretna praca wykonywana dopiero wtedy, kiedy ten zegarek ma już swojego właściciela. I właśnie dlatego wizyta w pracowni okazała się dla mnie dużo ciekawsza niż zwykłe odebranie zakupionego zegarka.
Fotograficznie takie miejsca są oczywiście pułapką Przyjeżdżasz po jedną rzecz, a chwilę później fotografujesz pasek, tarczę, słoiczki z farbami, maszynę i wszystko, co leży na stole. Bo nagle widzisz, że za gotowym przedmiotem stoi cały proces, którego normalnie kompletnie nie mamy okazji oglądać.
Crudo nie udaje też, że każdy najmniejszy element zegarka powstaje w Bielsku-Białej. W zależności od modelu marka korzysta między innymi ze sprawdzonych mechanizmów Seiko, a część komponentów pochodzi od zewnętrznych producentów. I akurat tę transparentność bardzo cenię. Nie ma opowieści o „100% polskim zegarku”, jeśli rzeczywistość wygląda inaczej. Za to projektowanie, tworzenie tarcz, malowanie, grawerowanie, nakładanie lumy, składanie i cała masa detali dzieją się właśnie tutaj.
W wielu projektach Crudo współpracuje również z Konradem Adamem Mickiewiczem, odpowiedzialnym między innymi za projekty oraz ręcznie wykonywane skórzane paski. To jest ten rodzaj produktu, przy którym nadal można powiedzieć, kto coś zaprojektował, kto wykonał konkretny element i kto później złożył zegarek w całość. Właśnie to najbardziej mnie przekonuje.
Crudo nie próbuje być kolejną wielką marką robiącą wszystko dla wszystkich. Robią swoje. Eksperymentują z kolorami, materiałami, tarczami i detalami. Wypuszczają małe serie i projekty, które mają własny charakter. A skoro miałam po latach zamienić smartwatch na klasyczny zegarek, to chciałam, żeby ten zegarek nie był przypadkowy.
Mój Crudo nie będzie mi mówił, ile spałam. Nie policzy spalonych kalorii. Nie pokaże wiadomości. Nie zawibruje, kiedy ktoś do mnie napisze. Nie będzie też potrzebował ładowania co kilka dni. Będzie robił dokładnie to, czego od niego teraz potrzebuję. Pokazywał czas. Paradoksalnie w świecie, w którym każde urządzenie próbuje robić coraz więcej, właśnie to wydaje mi się dziś najbardziej luksusowe.
Nie obraziłam się nagle na technologię. Nadal korzystam z niej każdego dnia. Po prostu doszłam do momentu, w którym nie potrzebuję, żeby wszystko wokół mnie było smart. Czasem przedmiot może mieć jedną funkcję i wykonywać ją dobrze.
A jeśli przy okazji wiem, gdzie powstała jego tarcza, widziałam maszyny, przy których pracowano nad moim zegarkiem, fotografowałam pracownię i poznałam człowieka stojącego za marką, to taki przedmiot zaczyna mieć dla mnie dużo większą wartość niż kolejna rzecz kupiona z półki.
Z Bielska wróciłam więc nie tylko z zegarkiem, ale też ze sporą ilością zdjęć i jeszcze większym przekonaniem, że dobrze wybrałam, bo czasem rzeczy, które robią mniej, potrafią mieć dużo więcej charakteru.
•●•●•●•●•●•●•●•●•●•●•
„Fotografia zatrzymuje chwilę. Zegarek przypomina, że i tak płynie ona dalej.”
Autor nieznany


Komentarze